Czemu do Reszla? A czemu nie! Stary zamek z cegły? Jest. Przedwojenne domy? Są. Brak turystów? Prawie pewny. No to jazda.

To fascynujące. Los tak chciał, że osiedliliśmy się w rejonie, którego kompletnie nie znałem. W ciągu tych dwudziestu przeszło lat, odkąd mam prawo jazdy, zjeździłem większość Polski. Część „służbowo”, część turystycznie. Ale Warmia? Taaak, jakiś taki kawałek za Elblągiem. Ale tam przecież nic nie ma. Żagle? To morze lub mazury. Lasy, grzyby? Bieszczady albo Podlasie. Piesze wędrówki? Góry. Nie było jakoś okazji nigdy tu przyjechać. Chyba tylko czytana za młodu książka Nienackiego „Pan Samochodzik i zagadki Fromborka” była jakimkolwiek skojarzeniem. A teraz tu mieszkamy i każdego dnia kochamy tę krainę coraz bardziej.

7 lipca, urodziny Kajtka. Już wcześniej ustaliliśmy, że przy wszelkich „okazjach” będziemy zwiedzać okolice. Lidzbark Warmiński, Frombork, Braniewo, Reszel, Elbląg… Jest tych miejsc trochę. Padło na Reszel przez Roberta Makłowicza. Dosłownie dwa dni temu Kajtek oglądał na YouTube odcinek, gdzie Robert przyjechał na Warmię właśnie. Odwiedził Reszel i Lidzbark Warmiński, a że mamy cały dzień i Reszel jest dalej, to jedziemy właśnie tam. Droga jest – jak to na Warmii – po prostu zachwycająca. Dobra nawierzchnia, ruchu praktycznie brak. Kręte drogi porośnięte drzewami. Pola, lasy i znikome ślady ludzkiej obecności. Mamy do przejechania niecałe 100km, ale nie śpieszy nam się. Jak na lipiec jest wręcz zimno, 17-18 stopni. Chwilami pada.

Wjeżdżamy do miasta od zachodu, drogą 594 od Bisztynka. Żadnych tabliczek, drogowskazów, oznaczeń. Na wyczucie kierujemy się do „centrum”. Miejsce parkingowe mamy pod samym zamkiem, choć trzeba zapłacić za parkometr. Cóż, znak czasów. Zwiedzanie zaczynamy od zamku, przy kasie chwilę czekamy. Trzy nauczycielki próbują wynegocjować jakąś dodatkową zniżkę na kartę nauczyciela. Dziś i tak każdy ma zniżkę, bo coś się zepsuło i nie można obejrzeć filmu o historii sanktuarium w Świętej Lipce. To miłe, że fakt awarii jest jakoś rekompensowany turystom.

Na wejściu mała rzecz – a cieszy. Która z Pań nie chciałaby choć przez chwilę poczuć się jak wiedźma na latającej miotle? Warto przy okazji przypomnieć, że określenie „wiedźma” jest od wiedzy, w odróżnieniu od „niewiasty” pochodzącej od niewiedzy.

Dla takich jak ja miłośników czerwonej cegły zamek to istna uczta dla zmysłów. Ściany, podłogi, sklepienia – wszędzie cegła. Po wąskich schodach wchodzimy na wieżę widokową – okienka, krużganki – wszystko dostępne i co rzadkie – można dotknąć. Chcesz zrobić zdjęcie? Żaden problem – otwórz sobie okienko, tylko jest karteczka z prośbą, by później je ponownie zamknąć. Można? Można.

Trochę pretensjonalna jest salka poświęcona ostatniej w Europie kobiecie spalonej na stosie za rzekome czary – Barbarze Zdunk. Nie wiadomo za bardzo, dlaczego nawiązuje się tu do czarów, gdyż kobieta została stracona za podpalenie w 1811 roku, co faktycznie zbiegło się z końcem epoki stosów, ale w tym okresie w oświeconych Prusach za czary już nie karano… do tego obraz na ścianie wygląda jak dzieło sztucznej inteligencji – skoro czarownica, to pani jest oczywiście płomiennie ruda, z kręconymi włosami, powłóczystym spojrzeniem i w sukni z dużym dekoltem. Seksapil w pełni. Co więcej – wygląda na lat góra dwadzieścia kilka, choć w rzeczywistości w chwili pojmania miała lat około 40 i prawdopodobnie była upośledzona umysłowo… ale kto by się przejmował faktami.

Niemniej te dodatki nie są w stanie zepsuć przyjemności oglądania starego zamku. Pierwszy gród w tym miejscu powstał jeszcze przed przybyciem krzyżaków, bowiem już u schyłku XIII wieku biskup Anzelm wspomina o fortyfikacjach w tym miejscu. Już w 1337 roku osada wokół twierdzy otrzymała lokację na prawie chełmińskim, a w 1350 roku biskup warmiński Jan I z Miśni rozpoczął trwającą 50 lat przebudowę, ukończoną w 1401 roku przez biskupa Henryka III Sorboma. Z ziemno-drewnianego grodu zmienił się w jeden z typowych dla regionu zamków biskupich. Do XVI wieku był wielokrotnie podwyższany i przebudowywany, jednak stopniowo z fortecy zmieniał się coraz bardziej w rezydencję. Zniszczony i ograbiony podczas wojen polsko-szwedzkich stracił na znaczeniu i stopniowo popadał w ruinę, aż w początkach XIX w został przebudowany najpierw na więzienie, a póżniej na klasztor i kościół ewangelicki.

Dopiero w okresie międzywojennym rozpoczęto proces remontu zamku, który z przerwami trwa do dzisiaj. Obecnie na zamku oprócz oddziału muzeum regionalnego w Olsztynie prezentującego okazałą kolekcję narzędzi tortur ze średniowiecza, znajduje się także hotel, restauracja i dom pracy twórczej. Można obejrzeć m.in. zapadające w pamięć dzieło Franciszka Starowieyskiego „Pielgrzymka do Świętego Półkonia”, które ma oszałamiające 24 metry długości, a powstało właśnie tutaj – w Reszelskim zamku w 1986 roku na Biennale Sztuki w Wenecji.

Reszel jako miasto ma ten smaczek, że nie zostało praktycznie zniszczone w trakcie II wojny światowej. Zamek, przepiękny kościół, ale również szereg kamienic są oryginalnymi budynkami pamiętającymi niekiedy czasy bardzo odległe. Co prawda drewniana zabudowa miasta nie przetrwała dwóch wielkich pożarów z początku XIX wieku, ale układ miasta się zachował. Na szczególną uwagę zasługuje spichlerz, na który możemy się natknąć idąc od zamku wzdłuż rzeki na wschód.

Obejście rynku i przyległych ulic nie zajmie więcej niż godzinę. Bardzo ładnym zakątkiem jest uliczka, która prowadzi od rynku w stronę katedry – mieści się tam szereg kawiarni, restauracji i letnich ogródków, gdzie można odpocząć i coś dobrego przekąsić.

Do ponoć przepięknego Kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła nie udało nam się wejść – mimo, że jest początek lipca, szczyt sezonu turystycznego to o godzinie 18 wszystko jest na głucho zamknięte. Ogólnie zwraca uwagę brak ludzi – dodając do tego pogodę, można odnieść wrażenie, że to listopad a nie lipiec. Dla mnie – bajka. Przez płot oglądamy jeszcze bardzo ładny, będący w remoncie jak twierdzą tabliczki, budynek dawnej plebanii, położony na skarpie między katedrą a zamkiem i idziemy coś zjeść.

To urodziny młodego człowieka – jego decyzja zatem jest obowiązująca. A ta brzmi – kebab. Najlepszy wg ocen na google jest położony niedaleko zamku lokal o nazwie Daniello – i faktycznie, jedzenie bardzo smaczne, obsługa sympatyczna i na prawdę solidne porcje. To taki nieprzekombinowany kebab, ciasno zwinięty, ze sporą ilością dodatków i niezłymi sosami. Można z czystym sumieniem polecić.

Będąc w Reszlu warto pojechać dosłownie kilka kilometrów dalej, do Świętej Lipki. Droga jest w nienajlepszym stanie, ale ciekawe są mające niemal 300 lat kapliczki drogi różańcowej rozstawione naprzemiennie po obu stronach traktu prowadzącego do sanktuarium.

Do Świętej Lipki dotarliśmy dość póżno, bo po godzinie 19, niemniej całkowita pustka dość mocno nas zaskoczyła. W końcu jest lipiec, dzień jest długi a tam ani żywego ducha. Restauracje, sklepiki z pamiątkami – wszystko zamknięte na przysłowiowe cztery spusty. Ale to dobrze – samo sanktuarium było otwarte i mogliśmy w ciszy i samotności na spokojnie obejrzeć sam kościół, ale również przylegające do niego krużganki. Nie wiem jak to możliwe, że Świętą Lipkę odwiedza rzekomo rocznie 100 tys pielgrzymów i turystów a w lipcowy wieczór nie ma żywego ducha…

Warto pojechać do Reszla? Tak. Zamek jest niewątpliwie wart obejrzenia, samo miasto (przynajmniej jego stara część wokół rynku, zamku i kościoła) ma dobry klimat. I co najważniejsze – turystów brak. No i jest gdzie zaparkować, a to w dzisiejszych czasach nie jest wcale takie oczywiste.