Jak zawsze miało być prosto – wyszło jak zwykle… Na obecnym etapie przebudowy naszego domu mieliśmy kuchnię tylko „doprowadzić do używalności”. Bez dużych nakładów sił i środków… Taaak, jasne.
Kuchnia jak wiadomo, jest obok łazienki najważniejszym pomieszczeniem w domu, tam bowiem realnie spędza się większość czasu. Z resztą – nic tak nie spaja ludzi jak dobre jedzenie, kawa i wino. A to wszystko skupia się właśnie w kuchni.
Jak by tu krótko opisać stan, jaki zastaliśmy po kupieniu naszego domu? Chyba „zbieranina rzeczy przypadkowych” to właściwe określenie. Samo pomieszczenie jest dość duże – ma blisko 20 m², ale na każdej ścianie są (lub będą) jakieś drzwi. Kuchnia była więc rozdzielona na dwa przeciwległe kąty – z jednej strony blat, zlew i lodówka – po drugiej stronie kuchenka i szafki. A po środku tego stół. Kompletne zaprzeczenie funkcjonalności, choć trzeba przyznać, że na środku było bardzo dużo wolnej przestrzeni.

Uznaliśmy więc, że na tym etapie nie będziemy robić jakiegoś wielkiego remontu, kupimy tylko jakieś używane szafki w akceptowalnym stanie (na serwisach ogłoszeniowych jest ich pełno, szczególnie w dużych miastach), pomalujemy ściany na biało tanią farbą i na kilka miesięcy „da się żyć”. Skupimy się najpierw na kompleksowym remoncie sypialni i przyszłego gabinetu, a na kuchnię przyjdzie czas. Ale jak to bywa – plany planami, a życie życiem.
Zaczęło się od poszukiwania szafek – dwa fajne komplety nam uciekły sprzed nosa, ale do trzech razy sztuka. Udało nam się za bardzo przyzwoitą cenę 1000zł kupić komplet szafek wraz z blatami. Nie marketowo-ikeowych tylko robionych przez stolarza i co najważniejsze – fronty nie są z płyty tylko z prawdziwego, dębowego drewna. No coś pięknego. A skoro już mamy takie ładne meble…
Na początek demontaż staroci – o problemach z oddawaniem gabarytów na PSZOK napiszę kiedyś osobny tekst, bo to co się dzieje w tej kwestii to jakiś nieśmieszny żart – oprócz lodówki cała reszta nie nadawała się nawet do garażu czy piwnicy. Po usunięciu całości dokonałem pewnego odkrycia – ściana w miejscu, gdzie chyba kiedyś był zlew jest mokra. Punktowo. Wygląda na to, że rura z wodą cieknie na kolanku. Tego nie dało się zostawić. Widać również, że sposób ułożenia rury od zimnej wody był – delikatnie mówiąc – nieortodoksyjny. Połowa natynkowo, połowa podtynkowo. I weź tu powieś szafki…

Uznałem, że dalszy opór nie ma sensu. Trzeba to zrobić od razu porządnie. Pomarańczowa kiedyś, chyba emulsyjna farba okazała się zupełnie nieodporna na szpachelkę, a jak moża się było spodziewać pod spodem 100 lat historii – różne rodzaje farb, różne kolory… Tam, gdzie tynk był mocny nie skuwałem na siłę, ale gdzie odchodził – do widzenia. Nie warto tego zostawiać. Stara zaprawa była cementowo-wapienna, choć ten najstarszy tynk chyba bardziej piaskowo-wapienny z lekkim dodatkiem cementu. Tu mała dygresja – od początku tego remontu, od samej decyzji o zakupie starego domu, oboje z żoną zdecydowaliśmy, że zamierzamy pozostać przy starych technologiach. Przy wapnie, cegle i tradycyjnych rozwiązaniach. W każdym miejscu, gdzie da się użyć sensownie metod historycznych, tam ich użyjemy. Bezwzględnie unikamy gipsu, nieprzepuszczalnych przegród, styropianu. Znamy te materiały z mieszkania – i nie podobają nam się wcale. W domu z cegły, z mineralnymi tynkami i wapnem na ścianach kompletnie inaczej się mieszka, oddycha, śpi.

Zrzucając stare warstwy, zbijając tynki i zmywając (czy zeskrobując stare warstwy) odkrywamy historię tego domu, ślady dawnych przebudów. Tu na przykład widać, że w oryginalnej ścianie z czerwonej cegły był jakiś duży otwór – w znacznie późniejszych czasach zamurowany, już przy użyciu białej, silikatowej cegły. Ściana im chyba trochę usiadła wówczas, bo powyżej jest pęknięcie w murze, ale jako że to ściana działowa na jedną cegłę, i to wzdłuż belek stropowych a nie w poprzek, to postanowiłem się tym nie przejmować. Tym bardziej, że na tynku nie było w tym miejscu nawet rysy, więc proces nie postępuje najwyraźniej.
Jak już poszły przeróbki wody, to wypadało też ogarnąć prąd. To właśnie taki przykład łączenia starego z nowym – tynki, gładzie, farby – będą możliwie historyczne, ale nie ma powodu, by pozostawać przy jednym gniazdku na wspólnym obwodzie z całym domem. Tak, tutaj całość instalacji elektrycznej jest na JEDNYM obwodzie. Światło, gniazda – wszystko. Jeden bezpiecznik, jeden obwód po całym domu, ale – co ciekawe – w przeważającej części przewody są miedziane a nie aluminiowe. Zastanawiam się nawet nad tym, jak to powstawało. Bo przewody aluminiowe były powszechnie stosowane do lat 70, gdy instalacja elektryczna w praktyce oznaczała tylko światło. Potem, gdy ilość sprzętów elektrycznych zaczęła gwałtownie wzrastać, zaczęto stosować przewody miedziane. Ale zarazem dzielić instalację na poszczególne obwody – co najmniej dwa – gniazda i światło. A tutaj? Jeden bezpiecznik (i obwód) sugeruje bardzo starą instalację – z lat 60 a nawet może starszą, a z drugiej strony przewody miedziane – czyli bardziej lata 80-te. Zagadek a zagadek.

Uważny czytelnik być może zauważy, że wcześniej „naśmiewałem” się z rur natynkowo-podtynkowych, po czym sam robię tutaj podobnie. Ale to ma powód. Widoczne tu rury idą do termy i pieca, które docelowo trafią w inne miejsce, więc w ciągu roku czy dwóch i tak pójdą do demontażu – a tym sposobem będzie mniej kucia. Za lodówką i szafkami nie będzie ich widać, a wkuwam tylko tam, gdzie są na widoku.
Jak już pisałem wcześniej, stosujemy tu wyłącznie zaprawy mineralne – staram się te ściany trochę wyprostować, ale bez przesadnego napinania się. W starych domach nie przywiązywano zbyt dużej wagi do idealnych pionów i poziomów, więc chyba nie warto z tym walczyć. Bo czy jest sens narzucać 5 czy 6 centymetrów tynku, aby idealnie wyprowadzić ścianę za szafkami? Chyba nie…
Ogólnie bardzo zaskoczyła mnie praca z takimi tynkami – wg mnie jest nieporównywalnie przyjemniejsza niż z gipsami. Po pierwsze – jest zadziwiająco wręcz czysto. Cement i piach, które są składnikami zapraw są gruboziarniste i co za tym idzie – ciężkie. Wszystko, nawet podczas kucia natychmiast spada na podłogę, a nie fruwa godzinami w powietrzu jak lekkie drobinki gipsu. Byłem bardzo zaskoczony, jak po całym dniu pracy na stole w tym samym pomieszczeniu była tylko niewielka warstewka pyłu. Przy gipsach zwykle cały dom jest biały – to ogromna różnica. Aaa – no i okna wszystkie były zamknięte – te akurat prace trafiły na falę 40 stopniowych upałów – a w domu przyjemny chłodek – szkoda było wpuszczać do domu ten szalony gorąc.

Po zakończeniu etapu tynkowania i instalacji – czas przebranżowić się na stolarza 😁. Oboje z Iwonką jesteśmy dość wysocy – i typowe szafki z blatami na wysokości 80cm są dla nas okropnie męczące. Pierwszą myślą było, żeby po prostu zrobić na dole drewniany stelaż i unieść całość w górę o 10 cm. Ale potem przyszła nowa myśl – a gdyby podnieść same blaty? Udałoby się dzięki temu uzyskać dodatkowo dwie duże szuflady. A że kuchnia, z której demontowaliśmy szafki była większa od naszej – to materiału mamy zapas.

Pozostała do podjęcia decyzja – co na ścianę? Pomysłów było kilka – od najprostszych jak pomalować na biało i z głowy – po glazurę, szkło, tapetę… Najbardziej poprawne historycznie byłoby pobielenie wapnem, ale znów wygrało praktyczne, choć względnie zgodne z realiami historycznymi rozwiązanie. Białe kafelki, tak zwane płytki metro. W tamtych czasach, gdy nasz dom powstawał, płytki ceramiczne były już znane – stosowano je już pod koniec XIX w. choćby w szpitalach, łaźniach, mleczarniach czy jako kafle do wykańczania pieców. Co prawda w latach międzywojennych na wsiach pruskich glazury raczej nie stosowano, ale w końcu my nie budujemy skansenu. Żeby jednak w maksymalnym stopniu pozostawić otwartą dyfuzyjnie ścianę, położyliśmy tylko wąski pas między szafkami. Do tego na dość grubym kleju, aby szafki odsunąć plecami od ściany i pozostawić tam szczelinę wentylacyjną.

O otwartych dyfuzyjnie ścianach piszę tu niemal co akapit – ale przy domu z cegły to jest sprawa niezwykle ważna. I jednym z bardzo ważnych w związku z tym zagadnień jest wybór odpowiedniej farby. Po przeczytaniu wielu artykułów, dawnych książek (w szczególności książki „Budownictwo wiejskie” Karola Iwanickiego, wydanej w 1917 roku – genialne źródło wiedzy o dawnych technologiach budowlanych), przejrzeniu forów, grup na portalach społecznościowych a nawet przepytaniu ChataGPT doszliśmy do wniosku – że arcyciekawym eksperymentem będzie użycie samodzielnie wykonanej farby kazeinowej. Trochę technikaliów – kazeina to białko będące głównym składnikiem mleka, w połączeniu z wapnem tworzy trwałą, naturalną o co najważniejsze paroprzepuszczalną powłokę. Farby kazeinowo-wapienne są znane i stosowane już od średniowiecza, a sama kazeina była stosowana jako spoiwo już w starożytności. Skąd pozyskać kazeinę? Wydaje się, że można ją kupić w formie proszku, ale przecież można ją pozyskać naturalnie – z mleka, lub najprościej – użyć odtłuszczonego twarogu. To kazeina w niemal czystej postaci. Na pierwsze próby użyłem następujacych proporcji:
- 100g odtłuszczonego twarogu
- 300ml wody
- 30g ciasta wapiennego
Twaróg rozrobiłem z wodą na w miarę gładką masę (niestety nie mam blendera pod ręką, a przydałby się) następnie dodałem wapno. Po około godzinie już wyraźnie było widać, że reakcja zachodzi – płyn w misce zrobił się śliski, a po chwili sklejał lekko palce. Zostawiłem na noc.

Następnego dnia przygotowałem pierwszą porcję farby – 1 kg. Receptura jest równie prosta:
- 400g ciasta wapiennego
- 550g wody
- 50g kazeinianu wapnia, czyli zrobionego wczoraj kleju.

Całość po dokładnym wymieszaniu dała rzadką, ciepłobiałą w kolorze mieszankę. Do malowania użyłem pędzla ławkowca – dla najładniejszego efektu podobno należy stosować krótkie, skośne, nieregularne pociągnięcia. Pierwsza warstwa nie zrobiła wrażenia – praktycznie ściana wyglądała jak pomalowana gruntem (z resztą gęstość i kolor były podobne jak właśnie grunt taki współczesny), ale po niecałej godzinie ściana wyraźnie pojaśniała. Do uzyskania w miarę białej powłoki na świeżym (tygodniowym mniej więcej) tynku cementowo-wapiennym potrzeba było 5 warstw, ale – ponieważ w kuchni za szafkami nie zależało mi zasadniczo na idealnym kolorze, to pominąłem nakładanie na ścianę gładzi wapiennej. Gdybym tego etapu nie pomijał, to pewnie 3 warstwy byłby wystarczające dla ładnego efektu. Ogólnie jestem zachwycony – farba ma piękny, ciepłobiały odcień, jest naturalna, można ją zrobić samodzielnie (co mnie wyjątkowo cieszy i bawi), no i koszt jej wytworzenia jest znikomy – rzędu złotówki lub dwóch za kilogram, a to również nie jest bez znaczenia. Przy następnej porcji wapna zrobię na ten temat osobny wpis i policzę wszystko dokładnie. W kolejnej porcji poeksperymentuję również w ilością wapna i wody, bo chciałbym uzyskać farbę odrobinę gęstszą.
Farba schnie szybko, więc już kolejnego dnia mogliśmy zabrać się za wieszanie szafek. Jako, że nie prostowałem ściany idealnie, na górze zamontowałem listwę startową ze zwykłej, calowej deski. To bardzo pomogło w montażu, szczególnie że kołki wyszły akurat w zaprawie między warstwami cegły, więc zasadniczo nie trzymały za dobrze. A z listwą jest nie dość, że pionowo, to z wentylacją i na dodatek równo. Tak, wiem… pisałem wcześniej: „w starych domach nie liczono się zbytnio z zachowaniem poziomów czy pionów”, ale jednak szafki lubię, jak wiszą równo. Laserowa poziomica moim przyjacielem jest 😎



Podsumowując – miało być pomalowane na szybko, a wyszło? Cóż, ja jestem zachwycony. Jest jeszcze trochę wykończeniówki – nie miałem na przykład diamentowej koronki do wycięcia puszek na gniazda, więc póki co są tylko zaznaczone, muszę dorobić te dwie szuflady i kilka listew maskujących szczeliny, dokończyć wyspę – tu, gdzie widać te dwie luzem stojące szafki będzie jeszcze kuchenka gazowa – wprawne oko powinno dostrzec jej brak na tym etapie. I co dodatkowo cieszy – koszt tej metamorfozy jest rzekłbym niemal symboliczny. Licząc całość – rury, tynk, farbę, szafki (wraz z paliwem na transport), złączki, zaworki, kafelki, klej do płytek, kable, gniazdka – wyjdzie łącznie około 3 tysięcy złotych. Plus własna praca naturalnie. Działając dalej w taki sposób jest szansa, że koszty tego remontu da się utrzymać w jakiś rozsądnych granicach.
Stay tuned!